Każdy początkujący adept jakiejś dyscypliny, pełen entuzjazmu i zachwycony przychodzącymi mu do głowy pomysłami, które uważa za wyjątkowe i odkrywcze, dość szybko dostrzega, że to, co pomyślał, komuś innemu wpadło do głowy znacznie wcześniej (nawet tysiące lat wcześniej), a to, z czego był tak dumny, zrobiło już wielu innych (bardzo dawno albo dosłownie wczoraj). Frustracja jest olbrzymia, a zapał słabnie z każdym kolejnym tego typu odkryciem.
Dobrze mieć wtedy w pobliżu kogoś, kto wyjaśni, że taka jest natura rzeczy. Wielkie odkrycia, milowe kroki, unikalne koncepcje, wyjątkowe rozwiązania zdarzają się od czasu do czasu, ale na pewno nie na co dzień. Trzeba być geniuszem albo szczęściarzem, żeby wpaść na coś, na co nikt inny wcześniej nie wpadł. Dlatego nie ma się co specjalnie przejmować, za to warto jak najskrupulatniej wgryzać się w przedmiot swoich zainteresowań. W przeoczonych przez innych drobiazgach może kryć się pomysł na tę jedną, jedyną, niepowtarzalną ideę, które uczyni nas sławnymi albo przynajmniej zaspokoi potrzebę zapisania się na kartach historii choćby małą czcionką. Co stanie się dalej będzie wypadkową determinacji, zbiegu okoliczności i nieodzownego łutu szczęścia.
To, że inni zajmują się tym samym, co my i mają na tym polu niezłe osiągnięcia potrafi niektórych zdemotywować, ale przecież nie powinno. Choćby z tego praktycznego względu, że jeśli urzeczywistniają swój oryginalny pomysł, to najprawdopodobniej nie wpadną na inny, a więc ten, który czeka na nas, jako potencjalnych odkrywców.
Środowisko muzyki dawnej, znacznie liczniejsze niż kiedyś, ale przecież w porównaniu do mainstreamowego środowiska symfonicznego wielokrotnie mniejsze, jest przestrzenią, w której ta profesjonalna i emocjonalna rozgrywka toczy się ze szczególną intensywnością.
Zdecydowana większość muzyków, by związać koniec z końcem musi brać udział w projektach artystycznych firmowanych przez innych muzyków. Uczestniczą w realizacji ich pomysłów niezależnie od własnych ideałów estetycznych. Bywa to irytujące, ponieważ oznacza konieczność kompromisów i schowania do kieszeni własnych przekonań. Bywa deprymujące, ponieważ okazuje się, że inni robią to, co my chcielibyśmy robić i są w tym lepsi. Bywa demotywujące, gdy inni są „gorsi” pod względem muzycznym, ale znacznie skuteczniejsi w kwestiach organizacyjnych.
Wystarczy dodać do tego brak wiary we własne siły i rozsadzającą czaszkę myśl, że nic nowego i oryginalnego nie będziemy w stanie wymyślić, a mamy gotową receptę na depresję i zawodowe wypalenie. Pozostaje albo zaakceptować istniejący stan rzeczy i próbować cieszyć się tym, że możemy dokładać się do sukcesu innych (ciężka sprawa!) albo jednak zrobić coś własnego, tylko co?
Cezary Zych
