Muzyka dawna to „muzyka z muzeum”, „muzyka muzealna”, „muzyka, której miejsce jest w muzeum”. Takie określenia towarzyszą jej od kilkudziesięciu lat. Żeby było jasne, nie mają wydźwięku pozytywnego. Na pozór mówią o muzyce, ale tak naprawdę wyłania się z nich specyficzny obraz muzeum – cmentarza, miejsca, gdzie trafiają obiekty, które już nie żyją, przynajmniej swoim oryginalnym życiem.
Muzealnicy bardzo by się na takie stwierdzenie oburzyli. Nie są przecież grabarzami, a wręcz przeciwnie, wskrzesicielami. Niczego nie zamykają tylko otwierają. Jeśli coś przechowują, to wyłącznie, by udostępnić. Jeśli wsadzają coś do gablot, to tylko dlatego, by chronić. Konieczność zabezpieczania eksponatów jest zresztą najlepszym dowodem na ich żywotność i nieustającą atrakcyjność także dla dzisiejszego człowieka.

To prawda, że większość przedmiotów pokazywanych w muzeach została wyrwana ze swego oryginalnego otoczenia. Niekoniecznie fizycznego, bo przecież muzeami bywają miejsca, których kształt i zawartość nie zmieniły się od stuleci, ale duchowego, społecznego, kulturowego czy użytkowego. Obiekty jednak wcale nie umarły, ale przybrały inną formę istnienia, dokładnie tak, jak Gandalf Szary, który powrócił jako Gandalf Biały, tłumaczą nam muzealnicy.

Muzea mają najwyraźniej poczucie dyskomfortu, skoro czują się w obowiązku tłumaczyć nam, że „muzeum dzisiaj, to nie jest już takie samo muzeum, jak dawniej”. Przyznają więc pośrednio, że z muzeum coś było nie tak. Nie mam na ten temat zdania, ale dostrzegam zmiany w funkcjonowaniu muzeów, które kładą większy nacisk na „opowiadanie”, niż „udostępnianie”. Miejsce przedmiotów zajmują często ich multimedialne odwzorowania, a obiekty historyczne zastępują przedmioty „inspirowane” przeszłością lub wyobrażeniem o przeszłości.

Jakie muzeum mają na myśli wyznawcy teorii o „muzealności” muzyki dawnej? Czy to najbardziej tradycyjne, czy może takie, które próbuje wymyśleć siebie na nowo. Myślę, że tak naprawdę nie mają na myśli żadnego konkretnego muzeum, ani żadnej idei związanej z muzeum, a jedynie infantylny obraz czegoś nudnego, co trzeba odwiedzać pod szkolnym lub rodzicielskim przymusem, gdzie nikt z własnej woli nigdy by się nie wybrał.

W muzealnej metaforyce odzywają się dziecięce traumy i intelektualna bezsilność wobec zjawisk nieoczywistych, wielowymiarowych, niestandardowych. Wysyłanie muzyki do muzeum jest odpowiednikiem argumentu ad personam, a więc najmniej sensownego i najmniej wyrafinowanego z wszelkich argumentów, jakich można użyć, jeśli chce się coś zdeprecjonować.

Deprecjonowanie staje się narzędziem, gdy porażkę zaliczają standardowe kompetencje kulturowe. Najprostszym, trywialnym zabiegiem jest znalezienie jakiegoś innego zjawiska, które już swoją deprecjację zaliczyło i połączenie obu. Zdeprecjonowane muzeum zarazi swoim statusem wszystko, co w nim umieścimy. Wepchnijmy tam więc muzykę dawną i sprawa załatwiona.

Problem w tym, że muzyka dawna zesłana do muzeum okazała się odnowicielem idei muzealnych. Eksponowana w postaci koncertów i nagrań, poruszająca dzisiejszych słuchaczy nie mniej niż oryginalnych, wyznaczyła symbolicznie kierunek rozwoju instytucji muzeum. Tak oto deprecjonujący termin „muzyka muzealna” stał się jej uhonorowaniem jako jednej z najbardziej rewolucyjnych sił w budowaniu pomostu pomiędzy kiedyś a dziś.

Cezary Zych