Stulatkowie

Wokół nas coraz więcej jest osób starszych, które trzymają się dzielnie i pod względem fizycznym i pod względem intelektualnym nawet wtedy, kiedy dobiegają do jeszcze niedawno nieprawdopodobnego wieku stu lat.

Od pewnego czasu na festiwalach filmowych, w telewizjach i w programach radiowych na całym świecie furorę robią dokumenty, których bohaterowie byli świadkami całego stulecia. Jeden rozmówca potrafi opowiedzieć historię swojego życia w sposób, która zawstydza wielkobudżetowe filmy i wieloodcinkowe sagi telewizyjne.

Sukces tych produkcji bierze się z tego, że nie patrzymy na ludzi w sędziwym wieku jak na antropologiczną ciekawostkę. Może przez chwilę towarzyszy nam uczucie zaskoczenia, że ktoś mając ponad dziewięćdziesiąt lat może być tak sprawny fizycznie, błyskotliwy intelektualnie i dysponować tak świetną pamięcią. Odpowiednio poprowadzona rozmowa, sensowne wykorzystanie do ilustracji opowieści zdjęć i filmów archiwalnych, kreują sytuację, jakiej nigdy nie uda się stworzyć żadnemu scenarzyście, reżyserowi i aktorowi.

Efekt jest fascynujący, bo w bohaterach ożywają emocje, które towarzyszyły różnym momentom ich życia. Emocje uruchamiają nieoczekiwane skojarzenia i prowadzą opowieść w nowym kierunku. Na scenę wkraczają kolejne osoby, jednostkowe wydarzenia wplatają się w dzieje świata, a pozornie nieistotne skojarzenie, staje się dla widzów kluczem do zrozumienia czegoś, czego do tej pory nie byli w stanie pojąć lub sobie wyobrazić, bo w oficjalnej historii brakowało tej jednej małej cegiełki, prostej obserwacji człowieka, który był świadkiem, uczestnikiem, a może nawet sprawcą wydarzeń.

Nie wiemy oczywiście, jak w opowieści, której się przysłuchujemy kształtują się relacje między rzeczywistością, konfabulacją a obrazem zmanipulowanym przez fanaberie pamięci, ale to okazuje się zwykle drugorzędne. Kiedy zapytamy widzów, jakie momenty w filmie zrobiły na nim największe wrażenie, okaże się w większości wypadków, że te, w których bohater filmu był najsilniej poruszony, kiedy jakieś wspomnienie wywoływało uśmiech albo, przeciwnie, łzy, nie pozwalające powiedzieć już niczego więcej.

Bardzo ciekawią mnie opowieści bohaterów, którzy sami nie byli artystami, ale aktywnie uczestniczyli w życiu kulturalnym. Uzyskujemy perspektywę nie ludzi sztuki, nie krytyków, ale po prostu kinomanów, teatromanów czy melomanów. Rozpoznajemy momenty, które przesądzają o ich preferencjach estetycznych, dowiadujemy się, jak reagowali na zmiany stylistyk, porównujemy ich optykę z naszą i nabieramy dystansu do tego, co myślimy i przeżywamy, bo nasza perspektywa okazuje się węższa, zbyt profesjonalna.

Ciekawe, jak w takich historiach będzie kiedyś wyglądała nasza muzyczna rzeczywistość i czy w opowieściach stulatków zaznaczy się nie tylko jako fakt, ale jako źródło silnych emocji. Oglądając filmy, słuchając radiowych features zastanawiam się czasami, czy coś związanego z naszą paradyską działalnością znajdzie się kiedyś w czyjejś opowieści. Oczywiście niekoniecznie filmowej, ale na przykład w rozmowie, w której ktoś opowiadał będzie o swoich życiu wnukom lub prawnukom. O dreszcze przyprawia mnie myśl, że moglibyśmy być negatywnym bohaterem takiej historii. Może właśnie to wyobrażenie, a nie coś innego powinienem nazwać głosem sumienia.

Cezary Zych