Muzyka czasów cyfryzacji i decyfryzacji

Tak się składa, że rozwój muzyki dawnej przypada na czasy cyfryzacji. Wiele wynalazków związanych z cyfrową rejestracją i odtwarzaniem dźwięku pojawiło się na rynku w tym samy czasie, kiedy muzyka dawna stawała się na nim ważnym graczem. Tak było, na przykład, z nagraniami cyfrowymi, które ukazywały się jeszcze na płytach winylowych i tak stało się, rzecz jasna, z płytą kompaktową. Pośród pierwszych nagrań realizowanych w systemie SACD też znalazło się wiele realizacji poświęconych europejskiej muzyce historycznej, chociaż sama technologia nie okazała się rynkowym hitem.

Cyfryzacja i związana z nią łatwość nagrywania oraz obróbki dźwięku, a także produkcji nośników były jakby stworzone dla muzyki dawnej. Sprzęt stał się mniejszy i poręczniejszy, jego transport nie nastręczał już większych problemów, więc działający w sferze niezależnej, nie mający dostępu do najdroższych sal koncertowych artyści specjalizujący się w muzyce dawnej uzyskali wspaniałe wsparcie techniczne. To, co działo się później było już tylko rozwinięciem tendencji z lat osiemdziesiątych i przeniesieniem ich w coraz większym stopniu na sferę wizualną.

Cyfryzacja nie ograniczała się do zagadnień muzycznych. Cyfrowa korespondencja i komunikacja przyśpieszyły procesy administracyjne, a mnożące się z dnia na dzień nowe zastosowania Internetu stały się potężnym narzędziem w rękach muzyków będących organizatorami swojej własnej pracy.

Środowisko muzyki dawnej można by uznać za jednego z największych beneficjentów technologii cyfrowych pośród tych dyscyplin, które wiążemy bardziej z przywiązaniem do tradycji, niż z podążaniem za nowinkami.

Muzyka dawna dotrzymała też kroku muzyce popularnej jeśli chodzi o wykorzystanie cyfrowych technologii do działań promocyjnych i do prezentacji rezultatów swojej pracy. Ponieważ praktycznie cały repertuar muzyki dawnej mieści się w domenie publicznej nie pojawiały się kwestie praw autorskich, a artyści związani z tym nurtem nie robili żadnych problemów z nagrywaniem ich koncertów i udostępnianiem ich w sieci.

Środowisko cyfrowe okazało się więc dla muzyki dawnej ekosystemem naturalnym. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie łatwość i szybkość świata zero-jedynkowego, która była początkowo tak pomocna, ale w pewnym momencie stała się uciążliwa i wręcz niebezpieczna.

Okazało się, że w zglobalizowanym, zuniformizowanym, wciąż przyśpieszającym świecie cyfrowym zacierają się różnice, które przesądzają o tożsamości poszczególnych dziedzin kultury. Nie o to chodzi, że pomylimy nagle bluegrassową piosenkę z arią z opery barokowej, ale o to, że wybierając materiały do publikacji w Internecie sami muzycy mają tendencję do wybierania fragmentów najbardziej dynamicznych, ekstrawertycznych, po prostu najbardziej spektakularnych w duchu rozrywkowych videoklipów. To tylko jeden z wielu przykładów zacierania się granic i tożsamości.

Jednocześnie z różnych stron dochodzą głosy, że najprawdopodobniej straciliśmy kontrolę nad cyberprzestrzenią, która powoli i w sposób nieprzewidywalny zaczyna determinować nie tylko naszą codzienność, ale także nasz sposób myślenia. Wielu znawców tematu przepowiada, że będzie już tylko gorzej. Na tym tle powstają ruchy czy mody, które próbują temu trendowi się przeciwstawić lub trochę go spowolnić. Symbolicznym aktem w tym zakresie jest powrót do płyt winylowych, a ostatnio także do kaset magnetofonowych, drukowanie zdjęć i wieszanie ich na ścianach zdjęć, a także demonstracyjny w pewnych środowiskach odwrót od portali społecznościowych. Rozwija się moda na bezpośrednie, wspólnotowe uczestniczenie w życiu artystycznym.

Muzyka dawna, dziecko epoki cyfryzacji ma teraz wszelkie atuty, by chwycić za sztandar decyfryzacji. Nigdzie nie brzmi tak dobrze jak na koncertach. Jej długie formy, wolne tempa, intrawerytyczne solilokwia gryzą się coraz bardziej z szybkością i hałaśliwością cyfrowych mediów.

Może też próbować rozsadzić cyfrową rzeczywistość od środka, tworząc nieustępliwie swoje cyfrowe kanały, a przede wszystkim nie próbując się upodobnić do czegoś czym nie jest, nie może być i nigdy nie będzie.

Cezary Zych