A może to naprawdę koniec?

A może to naprawdę koniec muzyki klasycznej? Trochę ludzi się z niej jeszcze wyżywi, kilka osób zrobi fortuny, ale jeśli to wszystko będzie dalej wyglądało tak, jak wygląda, to koniec może nastąpić szybciej niż nam się wydaje.

W gruncie rzeczy wszędzie, gdzie się nie obejrzymy widać niepokojące sygnały. Jednym z najbardziej zastanawiających jest nieobecność na koncertach uczniów szkół muzycznych i ich nauczycieli. Emblematycznego przykładu tego zjawiska doświadczyłem niedawno, kiedy koncert jednego z naszych wydarzeń odbywał się w auli szkoły muzycznej w niewielkim, ale znanym ze swoich tradycji muzycznych mieście w Wielkopolsce. Koncert, jak mi się wydaje, był rzadką w tej miejscowości okazją usłyszenia interesującego repertuaru w bardzo dobrym wykonaniu. Zapytałem nauczycielkę, która pojawiła się w auli w czasie próby, czy przyjdzie ze swoimi uczniami na koncert i otrzymałem odpowiedź, która trochę mnie zmroziła: „bardzo mi przykro, ale nie możemy, bo mamy bardzo dużo materiału do przerobienia”.

Z pewnością historia muzyki, harmonia i inne elementy wiedzy o muzyce trzeba sączyć w głowy uczniów, ale czy w szkole muzycznej nie powinni dowiedzieć się przede wszystkim tego, w jakim celu się uczą? Czy uczestniczenie w koncertach nie powinno być najważniejszym elementem kształtowania wrażliwości młodych ludzi, ale także odkrywania przez nich, czy muzyka jest na pewno tym, czym będą chcieli się w przyszłości zajmować? Szczególnie w szkole muzycznej wydawałoby się to oczywiste i nie wymagające żadnych dodatkowych pretekstów.

W moich oczach to sytuacja pełna hipokryzji, a przede wszystkim odwracająca porządek rzeczy, który w formach naturalnych występuje w kulturze popularnej. Tam najpierw coś się komuś podoba, budzi jego ciekawość i zachęca do aktywności – na przykład do bardziej systematycznego słuchania albo prób aktywnego tworzenia i nauki. Tymczasem tutaj mamy do czynienia z sytuacją, kiedy dzieci separuje się od tego, co mogłoby stać się drogowskazem w ich muzycznych poszukiwaniach, a może szlabanem, który raz na zawsze zamknąłby drogę, w jaką wcale nie mają zamiaru się udawać. To też ważna funkcja kultury doświadczanej bezpośrednio. Nie ma żadnej wartości w kulturze tworzonej i przeżywanej z przymusu, niezależnie od tego, jakie byłyby jego źródła.

Dyrektor jednej z polskich instytucji muzycznych powiedział mi niedawno, jak niezwykłym odkryciem było dla niego, że muzycy mogą nie cieszyć się tym, co robią. Może ten syndrom cierpienia artysty muzyka ma swoje źródła już w szkole?

To nie jedyne odwrócenie porządku w związku z muzyką klasyczną. Publiczne instytucje kultury muzycznej rozliczane są, między innymi, z frekwencji na organizowanych przez siebie koncertach. Gdy przedsprzedaż zapowiada frekwencyjną klapę rozpoczynają się podejmowane w panice działania prewencyjne z rozdawaniem darmowych wejściówek na czele. Sala świecąca pustkami nigdy nie jest widokiem szczególnie motywującym, ale sala pełna ludzi, którzy pojawili się tam „z łapanki” nie wydaje mi się obrazem w jakikolwiek sposób bardziej satysfakcjonującym. Przeciwnie, robi jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie.

Wciskanie muzyki klasycznej w różne uroczystości oficjalne też nie przyczynia się do jej „naturalnego” społecznego funkcjonowania. To raczej wspieranie stereotypu, który odsuwa ją od codzienności, a zamienia w coś odświętnego, a więc potrzebnego nam „od święta”, a nie każdego dnia.

Dzieci, które dowiadują się od nauczyciela, że harmonia jest bardzo ważna, podobnie jak klasówka, ale dzisiaj ważniejszy od niej jest koncert, to byłaby może iskierka nadziei, że muzyka klasyczna jakoś się wybroni. Żeby nie kończyć zbyt pesymistycznie napiszę tylko, że właśnie taką nauczycielkę i takie dzieci spotkałem w innym wielkopolskim mieście dwa dni później.

Cezary Zych